Camion

Podejrzewam, że mało kto ma równie ekscytujący początek na misjach jak ja. Wszystko to za sprawą Magdy i Kasi, wolontariuszek SWMu, które zabrały mnie w podróż do Tapacari. Malutka wioska w górach raz w roku staje się zaludnionym miasteczkiem. Wszystko to za sprawą święta Matki Bożej Bolesnej, które gromadzi mnóstwo ludności. My również postanowiliśmy w nim uczestniczyć. No dobrze, ale jak tam dotrzeć? Oczywiście camionem. Zaczynamy z grubej rury. A oto camion:

Kiedy już wpakowano na niego wszystkie tobołki, paczki i inne niezbędne rzeczy upchano również ludzi. Niesamowita podróż – zawsze chciałem coś takiego przeżyć. Ścisk, każdy siedzi na kawałku kogoś innego, ale jaki klimat.

Koka

Jednak po chwili czuje się jakby słabiej, zaczynają latać mi mroczki. Jasna sprawa – nagła zmiana wysokości. Wszak w Boliwii jestem 24 godziny i cały czas w podróży z południa na północ, czyli nieustannie coraz wyżej. Na to jednak jest bardzo prosty sposób – coca! Dostaję torebkę liści do żucia i od razu robi się lepiej. Byłem pewien, że w czasie mojego pobytu nieraz zdarzy mi się spróbować tego indiańskiego zioła, pomocnego szczególnie przy zmianie wysokości, ale że tak od razu – ma się to szczęście. Podróż camionem trwa dalej. Po około godzinie wjeżdżamy do… rzeki. Tak, najkrótsza droga wiedzie przez koryto rzeki, która jest wyschnięta. Gdyby padało, musielibyśmy jechać, nie trzy, a sześć godzin… uf, mamy szczęście. Kolejne dwie godziny jedziemy po wyboistym dnie rzeki… za to widoki stają się coraz piękniejsze. Tak, to Andy są sprawcą tych wspaniałości 🙂 Ostatecznie docieramy do wioski.

Chicha i fiesta

Sama fiesta to już inna historia. Czuję, że jestem w innym świecie, ale przecież to jednak ten sam świat. W takim razie jestem w świecie, który żyje w zupełnie inny sposób. Tu w samej liturgii i we wszystkich obrzędach widać jeszcze mnóstwo naleciałości ze starych inkaskich obrzędów. Myślę sobie, że nie jeden co gorliwszy polski katolik mógłby paść tutaj na zawał. Niektórym jednak pobyt tutaj zapisałbym jako terapię. Bo przecież inkulturacja chrześcijaństwa to normalna sprawa. Tak samo musiało być z nami – Słowianami. Jeden z najpopularniejszych zwyczajów. Wieczorem pijemy chichę – inkaski trunek, produkowany z fermentowanej kukurydzy. Przypominam, że wszystko odbywa się ku czci Matki Bożej Bolesnej. Ale tradycji musi stać się zadość. Trzeba koniecznie wylać choć trochę napoju na ziemię, by oddać cześć Pachamamie. Sama liturgia Mszy świętej jako tako jest oczywiście taka sama jak u nas, ale ludzie dodają własne elementy. Bez przerwy chodzą wokół co świętszych figur i sami je okadzają. Najbardziej jednak zaskoczyło mnie, że wokół ołtarza siedzą choliny z jedzeniem w które wbita jest świeczka. To też jest później okadzane – oczywiście samowolnie przez wiernych. Trochę przypomina mi to starotestamentalne składanie ofiar…

Mając trochę czasu wolnego wychodzimy w góry. Cicho i spokojnie. Ale i tu kolejne zaskoczenie. Spotykamy ludzi gór. Choliny, które wypasają owce. Nie znają one żadnego innego języka poza keczua. To u nich właśnie widać ogromna biedę – taką jakiej chyba jeszcze nie widziałem. To ludzie, którzy na to, aby przeżyć harują od małego dziecka, aż do śmierci. Ale o tym pewnie będę jeszcze miał okazję więcej napisać.

I tak to właśnie wyglądały moje pierwsze dni w Boliwii. Jak to ktoś powiedział – teraz może być tylko spokojniej. Choć szczerze powiedziawszy – wcale mi na tym nie zależy. Dziś drugi dzień w Cochabambie. Na razie moim jedynym obowiązkiem tutaj jest nauka języka. I pewnie podobnie będzie przez najbliższy czas – mam nadzieję, że nie za długo jednak.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.