Magia spotkania, ludzie w podróży, niesamowite zwroty akcji, spotkania, które powinny się skończyć, a trwają do dziś. Oto zapytałem polskich blogerów podróżniczych. Temat dla mnie ważny, bo w moich wędrówkach to właśnie takie spotkania są esencją całej drogi. Jednak nie tylko ja doświadczyłem w tej materii zupełnych niezwykłości. Przekonajcie się sami! Przed Wami spotkania, których doświadczyć można tylko w drodze!

Mariusz Oderwany

Magia spotkania

To było podczas mojej paromiesięcznej podróży po Azji. Spotkałem Piotrka w Tajlandii, który był tam ze swoimi znajomymi. W takich podróżach, przewija się wiele ulotnych znajomości, które były tylko nic nie wnoszącą w życie historią, epizodem.

Na bazie tych doświadczeń – podobnie miało być z Piotrkiem. Wspólne rozmowy przy piwku w Bangkoku, opowiadania o przygodach, zachwyt innymi, rozmowy o przeszłości i wróżenie przyszłości. Tak do rana. Piotrek, Polak pochodzący z Dolnego Śląska, mieszkający od kilku dobrych lat na emigracji, na drugi dzień wracał już do domu, do Norwegii.

Standardowo na tym historia powinna się skończyć. Jednak nie w tym przypadku. Po paru miesiącach, Piotrek wpadł do mnie na weekend do Opola. Miałem wrażenie, że goszczę u siebie brata, a w najgorszym przypadku kuzyna. Szok, widziałem gościa raz w życiu, po drugiej stronie ziemi i to jeszcze przy piwku. No cóż, zdecydowanie podróże zmieniają człowieka. To był świetny weekend.

W tym miejscu znowu powinienem powiedzieć, że to koniec. Jednak nie. Parę miesięcy później wygrałem swoją pracę marzeń, podczas której musiałem dużo czasu spędzać w Warszawie. Nie zdążyłem nawet szukać pokoju do wynajęcia na okres sześciu miesięcy, bo kiedy Piotrek dowiedział się, że to ja jestem zwycięzcą konkursu, zadzwonił do mnie natychmiast. Był drugą osobą, która się ze mną skontaktowała. Gdzie będziesz mieszkać? Zapytał. Bo ja mam mieszkanie, które stoi puste! – odpowiedział. Tydzień później przyleciał specjalnie dla mnie, aby dać mi kluczyki do swojego domu, nie oczekując nic w zamian.  W sumie prosił, abym kosił trawę na podwórku i dbał o kwiaty w ogrodzie.

Nie mogłem w to uwierzyć! Widziałem człowieka dwa razy w życiu, a on oddaje mi do dyspozycji swoje piękne mieszkanie? To była prawda. Ona ciągle trwa, bo pomimo czasu, mojego powrotu do domu i oddaniu kluczy, nasze piwko w Bangkoku zmieniło się w przyjaźń.

Czy mogę napisać, że to koniec? Raczej nie, bo historia toczy się dalej i tylko czas pokaże co jeszcze nas czeka.

Michalina z Dolnośląski Podróżnik

Często jeżdżę po małych dolnośląskich wsiach i miasteczkach, które kryją w sobie wiele ciekawostek. Tak też trafiłam do starego wiatraka w Lutyni – wsi tuż za granicami Wrocławia. Wiatrak jest niekwestionowanym zabytkiem, koźlakiem z 1845 roku, ale stoi na posesji prywatnej, zatem trzeba liczyć się z gościnnością właścicieli lub jej brakiem. W tym wypadku okazali się oni bardzo sympatyczni, zatem wkroczyłam z aparatem i zachwycałam się tą śliczną budowlą. Nagle znienacka podszedł do mnie starszy mężczyzna. Zaczęliśmy zwykłą uprzejmą rozmowę. Okazało się, że Pan Stanisław sam dokonywał renowacji zabytku, gdyż jest historykiem sztuki. Tak zaczęła się dla mnie jeszcze ciekawsza podróż po historii Człowieka i odkrywanie ciekawych jej zakamarków. Usłyszawszy, że rekonstrukcję wiatraka dokonywał na linach spadochronowych, dowiedziałam się, że Pan Stanisław był pilotem. Poza tym, że szkolił lotników we wrocławskim aeroklubie, to jeszcze wykonywał loty pasażerskie. Więcej! Brał udział w akcji gaszenia pól bawełny w Afryce.

Tuż obok wiatraka znajduje się sad Pana Stanisława, w którym rosną brzoskwinie, a okolice Wrocławia to najlepszy region hodowli brzoskwiń. Więc dostałam zaproszenie na początek lipca do zakupu, bo muszę przyznać się, że dżemy produkuję w ilościach wręcz przemysłowych. Dostałam także zaproszenie na październik na miodobranie, bo pod drzewkami brzoskwiń znajduje się pokaźny rząd uli. Od słowa do słowa Pan Stanisław pochwalił się także, że napisał książkę, której egzemplarz z radością mi podarował. Treść książki określił jako trudną, więc się nie sprzedała. I wiecie co? Jest to najlepsza książka jaką ostatnimi czasy czytałam. Jest to mój ulubiony gatunek, proza poetycka. Książka na pograniczu Bruno Schultza i Edwarda Stachury, z odczuwalną inspiracją Nabokova. Chłonę każde jej zdanie, wypisuję cytaty, które poruszają we mnie najczulsze emocje.

Pan to Stanisław Pasternak, poeta i prozaik. Niesamowita postać, a przede wszystkim skromny i sympatyczny człowiek, z piękną historią. Poznanie Go, było dla mnie ogromnym zaszczytem. A w domu śmieją się ze mnie, że zawsze poznam kogoś ciekawego, bądź wrócę z czym wyjątkowym w rękach.

I nie muszę daleko jechać, wystarczy 10 km od domu!

 

Wiola z Starczewska

 

Magia spotkania - Nega Maluca hostel

Pozwólcie, że przedstawię osoby, które któregoś styczniowego dnia 2013 roku usiadły na kanapie w hostelu Nega Maluca w Salvadorze w Brazylii, żeby zrobić ostatnie wspólne zdjęcie. Jednak wcale nie miało to być nasze ostatnie spotkanie. Zaczynamy od lewej strony: Phil, fotograf z Wielkiej Brytanii. Spędził w naszym hostelu niemal miesiąc, po czym wyjechał do Buenos Aires. Ja sama dotarłam do Argentyny tydzień po nim, nie kontaktowałam się z nim specjalnie, ale kiedy wyszłam na pokaz tanga milonga do La Catedral spotkałam go przy wejściu. Ot, tak sobie. 4 tys. kilometrów od Nega Maluca. Dziewczyna w różowej koszulce to Prisca. Pracowałyśmy razem w Rio de Janeiro, znudzone Ciudade Maravilhosa kupiłyśmy bilet i po 36 godzinach podróży autokarem byłyśmy razem w Salvadorze. Chłopiec bez koszulki to Boris. Boris również podróżował po Ameryce Południowej. To tu, to tam. Z Salvadoru wyruszył na południe, miasto po mieście. Nasze drogi znów się spotkały, kiedy wsiadałam do autokaru na trasie Porto Alegre (południowa Brazylia) – Buenos Aires. Nie byliśmy umówieni! Taka duża ta Brazylia, a jednak wszystko w niej możliwe. Tylko Marianny z Chile, która siedzi po prawej stronie na zdjęciu nigdy więcej nie spotkałam. Mam nadzieję, że przeprowadziła się ze swoim chłopakiem do Urugwaju jak planowała.

 

Koralina i Bartek z Tropimy Przygody

 

Serbia. Po drugiej stronie, wśród publiczności zobaczyliśmy Alexa. To couchserfer, który był u nas w lipcu, a teraz całkiem przypadkiem, jak gdyby nigdy nic, spotykamy go w Nowym Sadzie! Poszliśmy na piwo do Nublu, rozmawialiśmy o niesamowitości tego spotkania. Okazało się, że Alex przyjechał do Nowego Sadu na europejski wolontariat (EVS). Oczywiście zaproponował nam nocleg, no ale już za późno, jako że zapłaciliśmy za nasz z góry. Trudno. Poznaliśmy też jego koleżanki z Francji. Do tego wszystkiego, następnego dnia Alex miał urodziny. Lepszego prezentu sobie nie mógł wymarzyć (jak sam mówił:))! Po krótkim niedzielnym wypadzie wróciliśmy do Nowego Sadu, aby świętować urodziny Alexa.

Jola z Na lewo od centrum

Pośrodku niczego.

Portugalia. Okolice Aveiro. Gdzieś, pośrodku niczego.

– Co tu dużo mówić, kryzys, tak źle jeszcze nie było. Zimno jak diabli, stacja zamknięta, spać nie ma gdzie, pustkowie, a dalej las. Ogrodzony las. I ani myślę za to ogrodzenie wchodzić, w końcu z jakiegoś powodu je tutaj postawili. Żeby coś z niego nie wyszło… I tu nie przyszło i…

– Hah! Widzisz tę dwójkę z plecakami? Wygląda na to, że ktoś dzieli nasz los.

-Heeeey, how are you guys? We are here for over 4 hours and we can not find a place to sleep…

-Exactly like us! Where are you from?

– My boyfriend is from Brazil and I’m from Poland! And you?

– No to już po polsku możemy mówić…

 

*** 2 miesiące później ***

 

Ten wpis będzie wyjątkowy. Wyjątkowy w tym znaczeniu, że po raz pierwszy głos zabiorą nie tylko fotografie. Napiszę o tym, co dzieje się, kiedy podróż się nie kończy.

Maćka i Piotrka poznaliśmy w Portugalii. Obiecaliśmy sobie, że to przypadkowe spotkanie w trakcie autostopowych wojaży nie będzie naszym ostatnim. Po raz drugi spotkaliśmy się w Krakowie. W Krakowie opowiedzieliśmy sobie, co działo się po tym, jak pojechaliśmy w dwie różne strony.

W Krakowie też zrobiłam swój drugi w życiu czarno-biały film. A i on ma swoją historię. Dostałam go od Svenji, która gościła mnie w Bremie. Wyjęła z lodówki Ilfordy: ‚Weź kilka, wieki miną zanim je wszystkie zapełnię.’ Poznałyśmy się przez couchsurfing, dzielimy tę samą pasję.

Po owej wizycie mój chłopak spytał, czy nie będę mieć mu za złe, jeśli kupi analoga. Od tamtej pory nie rozstaje się z aparatem, podobnie jak ja. To jak ‚podaj dalej’.

Ta podróż dalej trwa. Wiele barier można przełamać przez obiektyw. O ile łatwiej zacząć rozmowę prostym pytaniem: ‚Czy mogę zrobić ci zdjęcie?’.

O ile pewniej czujemy się w nowym miejscu z aparatem w ręku. Ile więcej potrafimy dostrzec. A to ten Kraków. Kraków wieczorową porą.

 

Piotr z Podróże Pana Szpaka

Magia spotkania. To chyba najlepsze co nas spotyka w czasie podróży i co pcha podróżnika w najdalsze zakątki świata. To spotkania z przyjaciółmi, z którymi na co dzień ciężko się spotkać, ale gdy ruszamy razem w góry czy w świat mamy czas na rozmowę i wspólne rozważania. To spotkania zupełnie przypadkowe kiedy okazuje się że w nieoczekiwanym miejscu i czasie spotykamy znajomą twarz, która wywoła na naszej twarzy uśmiech. To spotkania z ludźmi nam nie znanymi, którzy wyciągają do nas rękę, rozmawiają, otwierają się, pomagają.

Podczas swoich podróży miałem wiele niesamowitych spotkań, zaczynając właśnie od tych z przyjaciółmi, a kończąc na tych kiedy podróżowałem samotnie, ale samotny nie byłem, bo towarzyszyły mi liczne spotkania. Opowiem wam o kilku z nich.

(Kolejność i wybór całkowicie przypadkowe)

  1. Bolków – Polska, na festiwalu 3 żywioły na którym jestem wolontariuszem, poznaję prelegenta Dominika który opowiada o podróżach po byłym związku radzieckim. Po kilku miesiącach razem z nim ruszam na moją pierwszą większą wyprawę (między innymi do Turkmenistanu), po takiej wyprawie zostaniemy albo przyjaciółmi, albo wrogami. Przyjaźnimy się do dziś.
  2. Porto – Portugalia, na brzegu oceanu spotykamy dwójkę Polaków z Wrocławia (tak jak ja) Remiego i Kasię, to jeszcze nic niesamowitego, ale to że Kasia jest moją koleżanką z liceum już jest ciekawe…
  3. Erywań – Armenia, w tym samym hostelu co my zatrzymują się Piotr i Ewa (z Gdańska), postanawiamy wyjść na wspólne piwo, przyjaźń kwitnie do dziś…
  4. Bandar Abbas – Iran, całkowitym przypadkiem spotykamy Milada, Persa który zaprasza nas w swoje progi w gościnę, mimo iż są pewne problemy komunikacyjne z powodu nieznajomości języka udało nam się zaprzyjaźnić, a to spotkanie było tak magiczne że zasługiwało by na osobnego posta…
  5. Moskwa – Rosja, spotkanie nieprzypadkowe ale równie przyjemne z Szymonem Podróżnikiem, rozmawiamy, wymieniamy spostrzeżenia i pomijamy Bałtykę w Chińskiej knajpie…

 

Na koniec pozwolę sobie zabrać głos ja. Moje ulubione spotkanie na Camino de Santiago.

Drugi dzień wędrówki. Trochę z „przypadku” trafiam do prywatnego schroniska. Jest naprawdę słabe i drogie. Wszystko to jednak wynagradza mi doskonałe towarzystwo. Eve Louisse i Lailla to dwie Szwedki w wieku ok. 55 lat. Jednak podobne poczucie humoru i dowcipny styl bycia sprawiają, że po chwili rozmawiamy jakbyśmy znali się od lat. Dodatkowo okazuje się, że w tym samym schronisku nocuje Klaudia – Polka z Łodzi. Następny dzień spędzamy wspólnie i kończymy kolacją. To ma być pożegnanie, ponieważ Szwedkom kończy się urlop i jadą tylko pozwiedzać Bilbao, a później wracają do domu. Mówimy parę miłych słów, a później każde z nas idzie swoją drogą.

Mijają 3 tygodnie drogi. Na kilka dni przed końcem spotykam drugiego Polaka na swojej drodze – Pawła.

I w tym miejscu również doświadczam po raz kolejny swoistej dla tego miejsca „Magii Camino”. Chwilę po po znaniu, Paweł mówi do mnie:

– Ach, więc to Ty jesteś tym studentem – Polakiem, który idzie z Irun. – patrzę zdziwiony i kiwam głową. Po chwili jestem przekonany, że na pewno słyszał o mnie od Słowaków. Przecież to oni nieraz wspominali, że spotykali Pawła, kiedy akurat rozstawali się ze mną. Okazuje się jednak, że historia jest jeszcze bardziej skomplikowana. Paweł rozpoczyna swoją opowieść, która stała się dla mnie potem najlepszym podsumowaniem niezwykłości tej drogi.

– To było tak. Wychodząc z Santander poznałem pewną Finkę. Miała około 50 lat. Szliśmy razem kawałek rozmawiając. Kiedy przypadkiem w czasie drogi powiedziałem, że jestem Polakiem stanęła jak wryta, a chwilę później jej twarz pojaśniała, roześmiała się i powiedziała:

– Zatem to Ty jesteś Szymon, jak fajnie, że udało mi się Ciebie znaleźć – Paweł kontynuuje swoją opowieść i mówi mi dalej:

– Odpowiadam, zgodnie z prawdą: – Nie, mam na imię Paweł. Finka jednak nie daje za wygraną.

– Niemożliwe, student z Polski, idzie sam na Camino. Musisz być Szymon!

Z wyrzutami sumienia niszczę entuzjazm Finki powtarzając:

– Niestety nie. To przypadek, nie znam Szymona, który idzie do Santiago.

Finka zastanawia się chwilę jakby zastanawiała się czy na pewno mówię prawdę, potem jednak daje za wygraną. Po pewnym czasie milczenia wpada jednak na kolejny pomysł.

– Wiesz co, w takim razie mam dla Ciebie zadanie. Kiedy byłam w Bilbao spotkałem dwie Szwedki Eve Louisse i Laillę. Opowiadały mi o napotkanym na początku drogi Polaku – Szymonie, który wyszedł z Irun i idzie sam do Santiago. Mówiły, że było to dla nich ogromnie sympatyczne spotkanie i gdybym przypadkiem go zobaczyła, mam go koniecznie pozdrowić i powiedzieć, że wspominają go z wielką sympatią. Tak sobie pomyślałam, nie wiem czy uda mi się go spotkać, bo idę dość wolno, ale może Tobie się uda. Jeśli tak – przekaż pozdrowienia.

W tym momencie Paweł przerwał opowieść i spytał:

– Znasz je?

W zasadzie nie musiał czekać na odpowiedź, bo moje oczy wychodzące z orbit mówiły za siebie.

– Jasne Paweł! Oczywiście, że znam. Poznaliśmy się na początku drogi, ale one szły tylko kawałek. Potem pojechały do Bilbao pozwiedzać. Pewnie tam spotkały Finkę – co za historia!

W czasie dalszej drogi cały czas o tym myślę. Niesamowita historia. Gdzie indziej to byłoby możliwe? Szymon spotyka Szwedki, które odjeżdżają po dwóch dniach. Jednak Szwedki spotykają Finkę i przekazują pozdrowienia, choć nie sądzę, by wtedy któraś z nich wierzyła, że mogą one rzeczywiście dojść. Finka po kolejnym tygodniu spotyka Pawła. Nie zapomina o pozdrowieniu i przekazuje je, mimo, że Paweł nie jest Szymonem. Paweł idzie kolejne dwa tygodnie i ostatecznie spotyka mnie. Co za niesamowita droga. Życzliwość i dobroć nie gubią się mimo skomplikowanej drogi. Adresat odbiera przesyłkę! Mission cumplida! Mision complete!

Myślę sobie, że wszystkie te historie pokazują niezwykłość ludzkich spotkań, to, że warto ruszyć w drogę, poznawać ludzi i przygotować się na co najmniej takie niezwykłości jakie my przedstawiliśmy w powyższym wpisie.

Pozostaje mi zatem życzyć szerokiej drogi!

Ale chciałbym zrobić coś jeszcze – może i Wy macie na swoim koncie niesamowite spotkania? Niekoniecznie muszą być to dalekie podróże, czasem inspirującą może być podróż do sklepu po drugiej stronie ulicy, wszak wszystko zależy od podejścia! Piszcie zatem w komentarzach swoje najciekawsze spotkania, a ja wybiorę, moim zdaniem, najbardziej inspirujące i nagrodzę je „Tryptykiem z podróży”!

Czekam na wpisy do 7 czerwca!

http://moja-ameryka.blogspot.com, Sądecki Włóczykij i Ewa – gratuluję zwycięstwa i poproszę adres do wysyłki na maila: szymonpodroznik@gmail.com