Vancouver – o miejscach

Są takie miasta, a może tylko miejsca, które wciągają, zupełnie pochłaniają…

Vancouver. Chinatown. 10 rano. Świeci słońce, przyjemna pogoda. Idziesz ulicą pośród sklepików z pamiątkami i innymi rzeczami, o których sposobie użytkowania nie masz zielonego pojęcia. Wchodzisz do jednego takiego miejsca. Mnóstwo tu chińskich liter, które nic Ci nie mówią. Wychodzisz. Kolejny sklep i kolejny. Aż w końcu zaczynasz dostrzegać coś więcej. Kiczowate lampiony i smoki zaczynają zachwycać Cię niezwykłymi kolorami, chińska muzyka wydaje się idealnie współgrać z każdym otaczającym elementem. Nie chcesz wychodzić. Pochłaniasz atmosferę miejsca, sam się sobie dziwiąc. Ach te kolory, ach ta muzyka… wokół chińskie staruszki kupują zioła, herbatę i zupełnie egzotyczne warzywa.

Przez chwilę chciałbyś zrozumieć ten świat, ten język, tę mentalność… Stać się częścią tej dzielnicy, może tylko jednej uliczki, albo chociaż małego stoiska z kiczowatymi ozdobami. Po chwili jednak rozumiesz dobrze, że zawsze będziesz tu gościem. Nie nauczysz się mandaryńskiego, nie stracisz trzydziestu centymetrów wzrostu, a oczy następnego dnia nie staną się skośne. Są w życiu rzeczy, na które nie mamy żadnego wpływu… Zamyślony przekraczasz następne dwie przecznice i wchodzisz do Gastown. Zatapiasz się w społeczeństwie tak różnym, że Twoja obecność nikogo nie dziwi. Do umysłu powraca zdanie usłyszane na początku pobytu w Kanadzie: „Pamiętaj, tu każdy już drugiego dnia czuje się jak u siebie, bo każdy skądś przyjechał…” Jeszcze raz zerkasz na różnorodny tłum i nie możesz się oprzeć wrażeniu, że naprawdę jesteś szczęściarzem, mieszkając w takim mieście…

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.