Zakarpacie. Wschodnie refleksje.

Jest w nas pragnienie odkrywania tego co dzikie, niedostępne, co ukryte przed resztą. Chcielibyśmy docierać tam gdzie nie doszła jeszcze cywilizacja. Ale dziś, to już coraz mniej realne. Kiedy sobie to uświadamiamy, dążymy do tego by utrzymać taki klimat jak najdłużej w miejscach wyjątkowo nam bliskich. Cisza, spokój, zadupie. Totalny wygwizdów. Dziś właśnie tam Was zabieram.

Są tacy jak ja, którzy kochają wschód, z całym dobytkiem jego inwentarza.

Z socjalistyczną zabudową w miastach, pełną pałaców kultury i nauki, betonowych, szarych budynków oraz cerkwi malowanych tak pięknymi, żywymi kolorami, że czasem nie wierzę, że to ciągle to samo miasto.

Z kurnymi chatami w których jeszcze mieszkają ludzie i drogami przez które można utopić się w błocie, na wioskach jakby zapomnianych, gdzie nie przebiegają już żadne ważne szlaki.

Z tą prostotą, szczerością, bezpośredniością.

Z gościną, otwartością.

Z wódką na stole, z ikoną Matki Boskiej na ścianie.

Z biesiadną muzyką w busikach i prawosławnymi śpiewami cerkiewnymi.

Z pstrokatymi sukienkami wiejskich kobitek i z szarością bijących z miejskich blokowisk.

Te kontrasty porażają i przyciągają, a raczej napisałbym, wciągają. Kiedy poczujesz ten klimat to albo zapragniesz jeździć tam już zawsze, albo prawdopodobnie nigdy się tam więcej nie wybierzesz.

Zakarpacką Ukrainę pokazał mi Michał. I jest to kolejny dowód na to, że magia spotkania istnieje. Poznaliśmy się w Moskwie, gdzie świętowaliśmy prawosławną Paschę. Już tam usłyszałem kilka niesamowitych historii i wiedziałem, że będę chciał odwiedzić te rejony i pozwolić się wciągnąć. Tak oczywiście się stało. Ale tylko dzięki temu, że miałem szczęście do przewodnika.

Wśród tych, którzy piszą blogi i podróżują, zdecydowana większość jeździ po wielu różnych zakątkach świata. Michał zaskoczył mnie za to swoją konsekwencją. Ukraina, Zakarpacie, Ukraina, Zakarpacie. I tak dalej, i tak dalej i tak dalej. Przede wszystkim jednak Libuchora. Jedna z najdłuższych wsi. 12-kilometrowy skansen można by rzec. Aby do niej dojść mijamy najpierw Sianki gdzie kończy swoją trasę Kolej Zakarpacka, a potem wieś Karpackie. To co urzekło mnie w tej wędrówce to powtarzający się motyw. Michał wędrował tam ze zdjęciami (i z aparatem oczywiście).

Co pewien czas zatrzymywaliśmy się przy którymś domu, a on pukał i rozdawał zdjęcia. Wydało mi się to zupełnie niesamowite. Bardzo piękny sposób podróżowania. W tych wioskach, gdzie pracuje się ciężko by żyć, gdzie jedyną wieczorną rozrywką jest telewizor, pojawia się wędrowny fotograf-włóczykij. Robi zdjęcia-portrety i wraca. Dzieli się nimi. Musicie uwierzyć mi na słowo, ale widząc jak starsze kobiety, które dopiero co skończyły robotę na polu, poprawiają starannie fryzurę, szybko ubierają niedzielny kostium „bo Misza przyjechał i robi zdjęcia”, uzmysłowiłem sobie jak ważna jest ta fotografia. Niby zwykłe zdjęcie, a wisi przy lustrze w głównej izbie. Przypomina o tym co piękne, o tym co ważne. Urzekające. Zatem kobiety pięknieją, a mężczyźni fotografują siebie i rodzinę żeby pamiętać, żeby został ślad. To też mega cenne. Idziemy przez Karpackie, a  jedna pani krzyczy z takiej odległości, że na początku wcale jej nie widzę. Michał sprawia im wielką radość. To swego rodzaju misja. Jestem o tym przekonany.

Idąc dalej natrafiamy na jeden z najstarszych domów. Mieszka w nim starszy, samotny mężczyzna. Pokazuje w tej pokrytej słomą chatce, w jej najciemniejszym kącie, swój wielki skarb. Dwie ikony przestrzelone kulami w czasie działań wojennych w tamtym rejonie. Opatrzność czuwała tak, że kule ominęły mieszkańców. Kolejny mały cud w czasie tej podróży. Cudowna historia opowiadana z wiarą i pobożnością.

W samej Libuchorze motyw naszej wędrówki jest bardzo podobny. Co kawałek przystajemy, rozmawiamy, kilka razy Michał daje komuś zdjęcia. Nasi gospodarze mieszkają na drugim krańcu wioski, dlatego na miejscu jesteśmy już po zmroku.

Poznaję kolejnych dobrych ludzi. Spracowanych, zmęczonych, ale z sercami otwartymi. Oprócz noclegu znajduje się ciepła strawa w postaci suto okraszonych ziemniaków. Uwielbiam taki klimat. Siedzimy w izbie, pali się w piecu, jemy z wspólnej miski. Przysypiamy. Tak mija moja zakarpacka sielanka. W drodze powrotnej najpierw myślę sobie, że to krajobrazy, które znikają z tej części Europy. Rozwój, przemysł, emigracja. Za 20 lat nie będzie klimatycznej Libuchory. Zaraz potem jednak besztam sam siebie w myślach. Chcieć zatrzymać tu czas to skazać tych ludzi na brak komfortu. A przecież każdy ma do niego prawo, tak samo jak do rozwoju, do kultury, wykształcenia. Tak, zdecydowanie, niech zmienia się ten kawałek świata według własnego uznania. Nie zabierajmy im tego prawa tylko dlatego by stali się dla nas „rezerwatem” w tym którym będziemy czuć klimat.

W drodze powrotnej łapiemy stopa do Polski. Zatrzymują się przesympatyczni Ukraińcy, Wasyl i jego mama. Jadą z towarem do Ustrzyk co doskonale nam pasuje. Problemy jednak, jak zwykle w moim przypadku, pojawiają się na granicy. Tym razem wiza rosyjska wzbudza niepokój celnika ukraińskiego, który robi nam mini przesłuchanie, ale po kilkunastu minutach w końcu puszcza dalej. Wydaje się, że jesteśmy już w domu, a tu masz Ci los! Polska celniczka przyczepia się do ilości benzyny w samochodzie. Okazuje się, że przekroczyli limit i nikogo nie obchodzi, że Wasyl uczciwie powiedział ile paliwa ma w baku. Przecież w praktyce nikt by tego nie sprawdził. Muszą zawracać, a my razem z nimi. Szkoda, tym bardziej, że wcześniej usłyszeliśmy od naszych znajomych jaka to wspaniała ta Polska, jacy gościnni Ci Polacy, a tu takie rozczarowanie. Ale mimo wszystko umawiamy się na następną wędrówkę po Bieszczadach z Wasylem, wymieniamy telefony i profil na vk, oni jeszcze podrzucają nas innym Ukraińcom i wracają do domu. My robimy kolejną rundkę na granicy i tym razem już zupełnie spokojnie dostajemy się do Polski.

To był piękny czas i już teraz planuję kiedy powtórzyć eskapadę w ukraińskie Bieszczady!

Zakarpacie.

To region Ukrainy graniczący aż z czterema państwami: Polską, Słowacją, Węgrami i Rumunią. Oddzielony od pozostałej części kraju Łukiem Karpat.

Najbardziej zróżnicowany etnicznie region Ukrainy o dużych ambicjach autonomicznych w przeszłości i współcześnie.

Kolej Zakarpacka.

Jak napisał o niej Mieczysław Orłowicz najpiękniejsza linia kolejowa północnych Karpat”. Odcinek między miejscowością Sianka a Wołosianką to podróż przez 6 tuneli z czego najdłuższy liczy ponad 900 metrów i 27 wiaduktów. Malownicza trasa wije się 18 serpentynami prawie 400 metrów w dół w dolinę rzeki Uż. Linia ta została wybudowana w 1905 roku dla połączenia monarchii austro-węgierskiej ze Lwowem.

Libuchora.

Wieś zupełnie niezwykła. Jej powstanie datuje się na połowę XVI wieku, ale jest prawdopodobieństwo, że istniała już wcześniej. W czasie 20-lecia międzywojennego była jedną z największych w Polsce. W 1938 r. mieszkało w niej 2743 ludzi. Libuchora ma 12 km długości i jest wsią o układzie łanowym. Droga biegnie wzdłuż potoku. Wiele starych budynków posiada dachy kryte słomą. Można jeszcze odnaleźć w Libuchorze stare domy bez kominów, funkcjonujące jako chałupy półkurne. Mimo, że obraz Libuchory w ostatnich latach mocno się zmienił to wciąż jednak pozostaje ona prawdziwym żywym skansenem, gdzie można obserwować życie bojkowskiej wsi.

Po zdjęcia z podróży przez Zakarpacie zapraszam tutaj: http://szymonpodroznik.pl/galeria-zdjecia/ukraina/