Szykowałem się do wpisu.
Takiego z gór
Ze wschodu na Babiej Górze
Z radosnego weekendu który przywrócił mi siły
I pozwolił złapać wiatr w żagle
A potem po raz kolejny uświadomiłem sobie
Że już nie piszę o podróżach
One są
Bo tak się najlepiej wyrażam
I definiuję
One są
Bo to część mnie
To ważny dodatek
Ale dodatek
Dodatek do mnie
I innych ludzi

Zatem do rzeczy

Była niedziela. Powrót ze spontanicznej wyprawy na Babią. Dzięki serdeczności przyjaciela załapałem się na przejazd do stolicy w wyśmienitym towarzystwie. Stamtąd już blisko do miejsca spoczynku. Jak nigdy czułem, że trzeba się śpieszyć bo zapowiadała się sroga burza. Jadąc pociągiem wyprzedziliśmy ją o parę stacji. Miałem jakieś 10 minut zapasu. Wiedziałem, że jak pobiegnę to dam radę. Mimo ogromnego bagażu ruszyłem truchtem pod znany mi adres. Niebo ciemniało z minuty na minutę porykując co i rusz jakby się czaiło za rogiem na swoją ofiarę. Ludzie znikali z ulicy chowając się w domach. W jednej chwili miasteczko jakby wymarło. Jeszcze 7 minut. Przyśpieszyłem.
– Przepraszam. Gdzie jest ul. Armii Ludowej? – pyta nieznajoma
– Nie mam pojęcia. Odpowiadam mechanicznie, zgodnie z prawdą i nie zatrzymuję się. Po chwili jednak przypominam sobie o telefonie w kieszeni, zawracam i dodaję:
– Nie wiem, ale mogę sprawdzić. Jaka to była ulica?
– Armii Ludowej.
Dopiero teraz przyglądam się swojej rozmówczyni. Staruszka, przygarbiona, ubrana niedzielnie, z wieloma bruzdami na twarzy, które w tym wieku, dodają ludziom swego rodzaju pokoju, a może i uroku?
– Bo wie Pan. Ja nie wiem gdzie jestem. Pomyślałam, że przejdę się do apteki i zapomniałam jak dojść do domu. Co ja teraz zrobię?!
Uginam się. Bynajmniej nie od ciężaru plecaka. Od życia. Od poruszenia. Od chwilowej bezradności. Po paru sekundach wracam jednak do pionu.
– Spokojnie. Pomogę Pani. Proszę się nie martwić.
Czy wiecie jak jedno zdanie, które wychodzi z Waszych ust może czasem zmienić wyraz twarzy drugiego człowieka? Wiecie lepiej ode mnie. Ale nie zawsze trzeba ciężkiego kalibru typu: Wyjdziesz za mnie?, Kocham Cię, Nie chcę Cię znać, Będziemy mieli dziecko, P. odszedł dziś nad ranem. Czasem zwykłe „Pomogę” daje oddech ulgi i nadzieję, że się uda.
– Ja mam Alzheimera. Ale zapomniałam. Chciałam tylko do apteki. Ale już nie wiem ani gdzie apteka, ani gdzie dom. To było gdzieś tu blisko. Armii Ludowej 13 albo 15. Chyba niedaleko kościoła.
Uderzenie pioruna przypomina mi o tym co było powodem mojego biegu. Teraz już nie wydaje się tak istotne. Szukam jakiejś wszywki z adresem, ale bezskutecznie. Sprawdzam mapę.
– Adres, który Pani podaje jest 1 km w lewo, a kościół 300 metrów w prawo.
Troska. Zmęczenie. Rozpacz. W oczach przygasa nadzieja.
– Nie wiem, nie wiem. Boże, co ja narobiłam? Co ja narobiłam?
Myślę przez chwilę o policji. Pierwsze drobne krople, które spadają na moją twarz powodują jednak, że szybko mi to przechodzi. Biorę ją za rękę. Staram się być najspokojniejszym człowiekiem na ziemi. Mówię najcieplej jak umiem:
– Spokojnie. Nie zostawię Pani tutaj. Proszę się nie martwić. Skoro mówi Pani, że to blisko kościoła to może pójdziemy w tym kierunku. Może coś sobie Pani przypomni?
Skinienie głowy. Idziemy. To blisko.
– A ta ulica Słowackiego 13 albo 15 to gdzie jest?
Jest nowy trop. Idę za tym!
– Mówiła Pani o Armii Ludowej, a Słowackiego… tam Pani mieszka?
– Nie wiem, ale pamiętam to Słowackiego. Gdzie to jest?
Dochodzimy do kościoła. Schodzimy na piaszczystą drogę. Tak, to dobra nawierzchnia. Pani ją pamięta. A Słowackiego jest dość blisko. Próbujemy! I wtedy się zaczyna. Wylewa się na nas nie mżawka, nie deszcz, nie ulewa. Ściana wody, a nad nią błyski i grzmoty. Myślę, że musiał to być widok przedziwny. Łysy koleś z wypchanym po brzegi 95 litrowym plecakiem. W białym t-shircie i trekkingowych butach. I kobieta, które pewnie mogłaby być jego babcią. W czarnej uroczystej garsonce i białej bluzce. W butach na niewielkim obcasie. Idą razem pod jednym niewielkim parasolem, który chyba nikogo nie chroni. A woda. Woda jakby chciała odciąć im drogę. Wpada w oczy, zalewa przejście. Z piasku robi się jezioro. Po chwili brodzą w nim po kostki. Słowackiego 21. Już blisko.
– Kojarzy Pani coś? – krzyczę do ucha
– Nic – odpowiada mi szczerze starsza Pani. Patrzy mi w oczy i płacze. Płaczemy razem. A może to deszcz?
Nie rezygnujemy. Idziemy za jedynym tropem jaki nam został. Stajemy pomiędzy dwoma domami.
– Tu jest 15, a tu 13 – pokazuję opcje do wyboru.
– Ręka naciska pewnie i mocno na drzwi z tabliczką „Słowackiego 15”. Otwierają się.
– Staszek, zgubiłam drogę, zgubiłam się, zgubiłam.
– Jadzia! Jesteś, jesteś! Mówiłem Ci, żebyś nie wychodziła. Tak się martwiłem, tak się martwiłem.
– Ja, ja, ja zapomniałam. Zapomniałam. Zapomniałam.
Nagle odwraca się do mnie i mówi łamiącym się głosem.
– Tak Panu dziękuję. Nie wiem jak się odwdzięczyć.
Widzę już spokój. I ulgę. I spełnioną nadzieję. A zatem mogę iść ku mojemu poprzedniemu celowi.
Do tej pory nie wiem co z tym zrobić. Trawię. Pojedyncze spotkania stwarzają nas jakby od nowa. I najważniejsze jest co dla nas znaczą. Bo cóż z tego, że poza mną nikt go nie pamięta?