Wsi spokojna, wsi wesoła

Kto głos twej chwale zdoła?

Pisał poeta.

Niedługo minie mi dziewiąty miesiąc na wsi. Coś się rodzi.

Ostatnio coraz częściej łapię oddech o który było mi tak trudno po powrocie z Ameryki Południowej.

W taką piękną, powolną niedzielę zapraszam Was na wieś. Na żaden slow life, na polskie łapanie oddechu!

Lubię wieś. Tak było zawsze bo myśl o niej prowadziła mnie do beztroskiego dzieciństwa, szaleńczych zabaw, łowienia ryb w stawie, cyklicznych rozgrywek Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, które każdego roku rozgrywaliśmy wraz z bratem.

Wieś to do pewnego wieku cała moja praktyczna wiedza dotycząca takiego zwyczajnego i bardzo prozaicznego życia. Tam liczyłem barany dziadkowi, przynosiłem jajka od kur, mleko od krowy, podpatrywałem jak się robi kiełbasy, kaszanki oraz jak się zabija koguta. Na wsi pierwszy raz nocowaliśmy w namiocie.

Wieś to również początek mojego filozoficznego myślenia i poznawania reguł tego świata. Tam przypadkowo zabiłem żabę i byłem przekonany, że pójdę przez to do piekła. Tam uwielbiałem wpatrywać się w smukłe i szumiące topole, które w czasie burzy wyginały się pod takim kątem, że byłem przekonany, iż prędzej się złamią niż wrócą do poprzedniej pozycji. Mimo wszystko wracały. I trwały. Dopóki ludzie ich nie ścięli. A było to wieki przed znaną wszystkim ustawą.

Wieś to również, a może przede wszystkim historie. O wojnie, o tym jak wyglądała młodość w tamtych czasach, o Powstaniu Warszawskim, o szklanych domach, o kuzynach i kuzynkach, których nigdy w życiu nie spotkałem i pewnie nie spotkam. To setne oglądanie albumów i pokaz slajdów z czasów kiedy byłem już na świecie, ale nic z tego nie pamiętam. Uwielbiałem te opowieści i chłonąłem je bardziej niż ktokolwiek mógł to sobie wyobrazić.

Wieś z dzieciństwa to babcia. Wiecie, taka babcia jak z bajek dla dzieci. Która zawsze czeka z otwartymi rękoma i ciepłą szarlotką, zawsze się śmieje, zawsze przytula, zawsze dokarmia. I zawsze na pożegnanie stoi przed domem i macha.

To było moje idylliczne wyobrażenie o wsi.

Oczywiście nabierało realnych kształtów wraz z wiekiem i nowymi doświadczeniami.

Koniec końców – zamieszkałem tam. Dokładnie w miejscu gdzie działy się te wszystkie cuda.

Starałem się obserwować bardziej niż oceniać, rozumieć częściej niż oskarżać. Nie zawsze mi wychodziło. Ale takie jest życie. Zdecydowanie jednak ciągle wieś to dla mnie nieśpieszność. Smakowanie. Życie na pełnym oddechu. Choć to określenie może być złudne, bo często mówimy tak w momentach kiedy wydaje nam się, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. Zamknijcie jednak na chwilę oczy. Nie myślcie przez kilka sekund o niczym i powoli bez pośpiechu weźcie pełen głęboki oddech. Rozumiecie? To jest dla mnie “slow lajf” na który mogę pozwolić sobie na wsi.

Spełniło się moje marzenie o domu. Uwielbiam mieć otwarte drzwi do tarasu, leżeć na trawie, albo w hamaku, popijać terere i patrzeć w niebo. Wystarczy kilka/kilkanaście minut by nabrać dystansu, wzbudzić w sobie wdzięczność do Boga za świat i stworzenie, a potem wrócić do pracy.

Ostatnio powrót ze sklepu do domu zajął mi godzinę (10 minut w normalnych okolicznościach), bo trzeba było wymienić kilka ważnych poglądów ze znajomymi osobami. Tak, zdecydowanie wiejskie łapanie oddechu kojarzy mi się z rozmownością. Z taką gadką szmatką. Może to i bez wielkiej treści, może i bez wzniosłych idei, ale zaręczam, że w odpowiednich proporcjach dobrze to robi na stan ducha. Wieś chyba w ogóle sprzyja umiarowi, cierpliwości i pokorze. Praca fizyczna pokazuje ludziom jasne i konkretne bariery. Wyznacza granice. Bardzo to sobie cenię.

Nie jest to zdecydowanie slow life w wersji latino. Tu nikt Ci się nie rzuca na szyję, tu nikt nie prawi komplementów i nie zapraszam do wspólnej zabawy. Ludzie wydają się bardziej szorstcy i niedostępni, ale jeśli kiedyś podadzą Ci rękę to będzie znaczyło dużo więcej niż możesz sobie wyobrazić. Szacunek, uznanie i pomoc w razie potrzeby.

A gdy tu spytasz o slow life odpowiedzą Ci prosto:

– Jaki k**** slow life? My tu żyjemy prosto, zwyczajnie, żadnego slow lajfa nam nie potrzeba.

Myślę sobie ile w tym prawdy. Już nie cieszymy się chwilą tylko mamy slow life, jak milion innych rzeczy, które po angielsku brzmią znacznie lepiej. I na tym kończy się różnica. A może to bez znaczenia i tylko wkrada się w mój ton coraz bardziej prowincjonalne patrzenie? Jeśli tak – niech i tak będzie! 😉